chyba

Takie, tam. W nocy była burza. O 4. Stałem pół godziny z telefonem w ręce i śledziłem ją na mapie, czy w chatę nie walnie, lub drzewo obok wysokie, świerk, tata raz kupił na wigilię żywe drzewko, a potem wysadził, na ogródku swojej mamy, i teraz mamy drzewo wysokie, mocno ponad dom, piękny cień daje latem, ptakom ochronę, słychać ich świergot rano, pobudka, ale w czasie burzy strach, że je piorun strzeli, wysokie w cholerę i na dach się zwali i ewakuacja, byle się udała, wszyscy śpią, a tu dach zawalony, pożar zapewne, jak od pioruna, dym, strach, krzyki, gdzie jest synek, gdzie żona, panika, zawsze się tego boję, stoję w kapciach, z kluczykami w ręce, zwarty i gotowy, do ucieczki. Teraz też stałem, z telefonem w ręce, kluczyki na biurku, w pieluchomajtkach, po operacji, wciąż krwawię, choć już ponad dwa tygodnie, ale, taka przypadłość, jeździć autem mi nie wolno, siedzieć, ruszać się gwałtownie, jak tu przetrwać burzę, jak ewakuację rodzinie zorganizować, i myśl, że może nawet zginę i płakać będzie po mnie przyjaciółka, ale ona ma dom w lesie, tam drzew prawda, bez liku, las to las, choć jej mąż zaradny na bieżąco wszystko przycina, mówił mi, pięć tysięcy od drzewa, bracie, jak duże, nie starczy, ja sam robię, bo się wychowałem na wsi, z ojcem, rozumiesz, od dziecka, ile ja się drzew naciąłem w życiu, teraz mnie się nie chce, ale ja patrzę, że wszystkie drzewa wokół domu ma tak przycięte, jak zarost na jego twarzy, gładko znaczy, głaskać można, bo nie ma zarostu, gładko ogolony, jak i drzewa ogolił ze wzrostu i z gałęzi, i gładko ma teraz z drzewami wokół domu, w czasie burzy, moja przyjaciółka, więc będzie mogła po mnie płakać, kiedy ja spłonę.