Siedzicie z Różą w domu. Znaczy u rodziców. W twoim poprzednim domu, bo twój dom rzeczywisty jest teraz opodal z Różyczką. Bardzo przyzwyczajony tu jesteś. Przychodzisz i otwierasz barek. Jak od dziecka. Stały tam wina i słodkie likiery. I słodkie prinicpola. Które namiętnie wykradałeś. Potem wykradałeś whisky, kiedy stała już tam whisky, i śliwowicę, kiedy śliwowica. Kiedy koniak, wtedy kawa po francusku. Dwa kieliszki koniakówki do jednej kawki, których trzy jedna za drugą. Uwielbiasz kawę. Teraz w barku puste butelki. Dobrze, że chociaż butelki, chociaż kątem oka, bo gdyby nie one, to po co zaglądać do barku, pierwsze co robisz, kiedy wejdziesz do dawnego domu. No i wyjmujesz słodycze i zajadasz. Co zajadasz, spytała się terapeutka. Wiedziałeś, że nie pyta się o gatunek ani o markę. Co zajadasz, spytała? A co zapijałem, pomyślałeś, milcząc. Siedzisz na łóżku, Róża w internecie. Matka podchodzi i mówi. A wiesz, mam dla ciebie kartkę. Ojciec dostał, a jakoś zapomniał. Z Anglii chyba, mówi matka. Może ze Stanów, mówisz głośno. Może od Bogusławy. Ojciec szuka kartki i znajduje. Proszę. Czytasz i już chce ci się ryczeć. I już krzyczysz. To od Bogusławy! Boże, to ona nie była na Florydzie… Jezu, posłuchajcie! Różyczka siedzi smutna na krześle przy komputerze i patrzy na twoją euforię. I nic nie mówi, tylko smutno jej. A ty krzyczysz, Jezu, posłuchajcie. I czytasz, co następuje:
Pozdrowienia z Nowego Jorku.
Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy.
Bogusława
P.S.
Dziś runął World Trade Center. Nie wiem, co będzie jutro.
To jest historyczna kartka, mówi Leonard w pracy, kiedy mu o tym opowiadasz. Nawet nie mówisz Leonardowi, że historię, to ty masz w dupie. Przecież z Bogusławą mogliście być razem. Ty mogłeś mieszkać z nią w Warszawie, zamiast z Różyczką w Wygwiździewie, aleście spierdolili. Jak czapla z żurawiem. A przecież ty nawet chciałeś. A przecież ona chciała bardzo, widziałeś to. A teraz, Bogusława chodzi po ulicach zasranych gruzem i pyłem. Skończyłem moją powieść, wiesz, zanudzasz znowu Leonarda. Ma dwieście stron. Skończyłem ją o drugiej rano. I jak postawiłem ostatnią kropkę, to myślałem, że jest genialna. A jak czytałem ostatnie zdanie, o piątej rano, to mi się wydawało, że do dupy. Wydasz ją, Manuel, śmieje się Leo. Nie wiem jeszcze, spróbuję, udajesz nie spostrzegać jego śmiechu, choć nikt mi tego nie wyda, ale waham się mocno, czy może jednak nie lepiej ją spalić, właściwie to jeszcze mam ją w komputerze więc wystarczy skasować. Wcisnąć tylko enter. I co potem, pyta Leo. Enter Sadman, odpowiadasz. Weź ją wydaj pod pseudonimem, udaje poważnego Leonard. Inaczej, to nawet nie myślałem, chwalisz się skromnością. Mówię poważnie, upiera się Leonard. Na przykład taki kolega Świra, o przezwisku Ćwirek, to napisał na studiach trzy powieści i wydał je nawet nie pod pseudonimem, tylko podpisał się jako tłumacz własnym nazwiskiem, a autora zmyślił. To też jest dobry sposób, choć ja to bym się na to nie odważył, zamyślasz się. I smutno ci trochę, bo nie wiesz, czy to, co napisałeś jest dobre, czy złe. Ale, do diabła, napisałeś. I koniec, kropka. Wychodzisz na dwór i całkiem już radosny. Jakaś dziewczyna rozdaje ulotki. Podbiega do ludzi z szerokim uśmiechem, w żółtej, na drutach robionej, czapce. Wobec takiego stanu rzeczy, ty podchodzisz sam po uśmiech i widok słonecznych ściegów z bliska. I rozjaśnia cię od wewnątrz jej wzrok, ciepły i promienny. Odchodzisz, z dwiema ulotkami, co dwa razy przypomną ci jej figlarne oczy, raz kiedy będziesz jedną wyrzucał do kosza, raz, kiedy drugą, i może nawet w brzuchu poruszy się To. Jednak To wybiera inną drogę. Po piętnastu krokach cofasz się, bo zapomniałeś oddać portierce klucz od swojego pokoju. Znowu nie chcę nikogo tam wpuścić, myślisz, bo to nie pierwszy raz. Po oddaniu kluczy podchodzisz do słoneczka, po jeszcze dwa uśmiechy, bo przed tobą cały dzień, a za tobą powieść, chyba niedobra. A dostajesz, po przyjściu nie tylko ciepłe słowo, ale i rzekę bez słów, mlekiem i miodem płynącą, jak wartki potok jej szczebiocącego głosu. Od szczegółu do ogółu. Od twojego, czy ty tylko kolportujesz, czy może jesteś właścicielką, do jej a ja ciebie znam. Od twojego jak się masz, do jej opowieści o tym, co ją interesuje. Cały czas rozdając te ulotki, teraz chciałbyś już we dwójkę, ale wstyd każe ci zamknąć gębę z tą propozycją. I kiedy ona mówi o zainteresowaniach, a ty zadajesz zwykłe pytania, patrzy nagle na ciebie i wszystko wokół zamiera, i wypowiada to, czego nie spodziewałeś się usłyszeć, ale co wiedziałeś, że usłyszeć musisz, i Bogu dzięki że z jej ust. Bo, ja, tak najbardziej, mówi przez zaciśnięte zęby, ściskając pięści i podskakując, to chciałabym odnaleźć cząstkę Boga, który jest w nas. I od tej pory, tylko słuchasz, jak na zwolnionym filmie, szczęka opada ci coraz niżej, a oczy masz tak szeroko otwarte, że ta mała mistyczka całkiem się w nich zadomowiła. I jedyne, co jesteś zdolny powiedzieć, to słowa tak, tak, kiedy ona opowiada twoimi słowami o twoich przeżyciach, choć to jej przeżycia i tylko jej słowa , a słowa twoje wreszcie są takie jak być winny, czyli tak, tak, nie, nie, choć dziś, wargi twoje same się układają tylko w tak, tak, tak I jedno zdanie, jedyne zdanie, które wypowiadasz brzmi, wiesz, ja dziś o piątej rano napisałem o tym powieść. I patrzycie na siebie i już wiesz, że to jest twoja Elżbieta, i nawet wiesz, jak ma na imię, bo inaczej mieć na imię nie może, bo To, wszystko ukartowało, warto było tyle czekać, lecz pytasz jeszcze dla pewności, jak masz na imię, a ona odpowiada Róża. Wtedy konstatujesz ze zdumieniem, że To kartuje tak, jak To tylko może. Bo kiedy ona mówi Róża – Różyczka, to jakby uderzywszy cię kijem zdjęła z chmur na ziemię, bo kiedy ona mówi Różyczka, ty nie myślisz Elżbieta, a myślisz Różyczka, a właściwie to czujesz, że ta Elżbieta, która ma na imię Różyczka, mówi ci, słuchaj, Różyczka, to twoja kobieta, tam, czeka na ciebie, czeka na to, aż ty zobaczysz, co ci właśnie pokazałam, że choć ja jestem Elżbieta, naprawdę jestem Różyczka, to i ona jest Elżbieta, choć na imię ma Różyczka, i nigdy, nigdy, jak ja, nie będzie tą, którą ty byś chciał, żeby była. I mówisz jeszcze coś, sam nie wiesz już co. Manuel, krzyczy Ala, no, co ty, nie podrywaj koleżanki na środku ulicy. Zaproś ją na kawę, człowieku. A jak nie masz, to ci pożyczę, woła. To jest Ala, a to jest Różyczka, przedstawiasz je sobie. Co robisz teraz, pyta Ala. Rozmawiam z Różyczką, jak widzisz. A jak długo będziesz rozmawiał z Różyczką, pyta dociekliwa i zdecydowana Ala. To może ja już, pójdę, rozumie Alę Różyczka. Do zobaczenia, mówisz Różyczce. Macha ci ręką, na pożegnanie. I nie uśmiecha się już, rozdając ulotki. Zabrałem jej cały uśmiech, myślisz, a Ala, chowa ten złoty półksiężyc ukradkiem do torebki. Aleś ją rwał, człowieku, mówi z podziwem Ala. Ja, oburzasz się święcie, ja, krzyczysz z niedowierzaniem. Ty, ty, potwierdza Ala. Nie wiedziałam, że jesteś taki dobry w te klocki, śmieje się dając ci kuksańca. Wiesz, o czym myśmy rozmawiali, pytasz osłupiały, o mistycyzmie, o mistycyzmie. Nie ważne, o czym, ale jak, zamyka dyskusję Ala. I teraz z Alą dwie godziny jakże ciekawej rozmowy, wymiany poglądów na istotę lacanizmu, którego żadne z was nie zna ani pozornie z teorii, ani niepozornie z własnej analizy. I dochodzicie we wzajemnej zgodzie, w rozumieniu za pomocą słów, do smutnego wglądu, raczej ty dochodzisz, chociaż nie mówisz nic, tylko dlaczego ona zaraz potem wsiada do tego autobusu, choć wcześniejszych siedem odjechało bez niej, do wglądu, że kolejna filozoficzna dysputa, o jakże istotnych kwestiach, o tych najważniejszych, egzystencjalnych, w momencie największej między wami zgody, kiedy kiwacie w milczeniu głowami, bo nie ma o czym już mówić, bo zgodziliście się ze sobą na temat istoty samej, esencji, treści, wasze metafizyki traktują o tym samym, choć innymi pojęciami, ale towarzyszy temu to samo zrozumienie, które, gdy najgłębsze, gdy tak silne między wami, że zostaje już tylko kiwać głowami, bo wszystko zostało już powiedziane, i tym samym wszystko zostało wyjaśnione, i nie można mówić już o niczym, to głębokie zrozumienie okazuje się najbardziej płytkie i jałowe, boście o wszystkim powiedzieli, wszystko wyjaśnili, i dalej siedzicie na ławce, nic nie rozumiejąc, i tylko głowami kiwacie wciąż tak samo, póki ona nie wsiądzie do autobusu, a ty dalej potakujesz sobie, kiedy przypomina ci się, jak z Samaelem spotykaliście się i kończyli zawsze w tym samym miejscu, nie mogąc poza nie wykroczyć, jak teraz z Alą, i dlatego nie mogliście się potem spotykać, bo zawsze na końcu ogarniał was wielki smutek i pustka, ale nie ta , której byście chcieli, pustka między wami i wszędzie dookoła, której zaspokoić nie można ani załatać, co boli tak strasznie, że obecność innego wcale nie pomaga, tylko zwiększa próżnię, odkąd ten drugi, tak czuje jak ty, i w rozumieniu najbardziej głębokim i prawdziwym wychodzi płytkość najbardziej próżna, i Ala wsiada do autobusu, nie mogąc tego znieść, jak ty wcześniej zostawiałeś Samaela sam na sam z pustką, jak ciebie dzisiaj zostawiła Ala, i wracasz, potwierdzając pustkę rytmicznym ruchem głowy w górę i w dół, i tylko uda drżą ci żywo, i łzy płyną gorące i smutne, ostatnie żywe rzeczy w finalnej martwocie waszej dyskusji o tym, o czym nie wolno, znowu robisz ten błąd, nie wolno mówić. I zostaje niesmak, tym większy, że widziała was Ofelia, i teraz już Różyczka wie o tym z drugiej ręki, że Ala jest twoją kochanką, bo co innego mogła pomyśleć Ofelia, dla której, może to i lepiej, wszelka filozofia jest zbędna, o ile nie traktuje o seksie, zdradzie, modzie i ploteczkach.

Dodaj komentarz