Rosi

Published by

on

Stał przy ladzie, za tobą. Ty kupiłeś płatki owsiane. On powiedział poproszę chleb, tylko chleb. I odszedł od lady. Spotkaliście się w drzwiach. Znałeś skądś tę twarz. Nie wiedziałeś skąd, ale znałeś ją dobrze. Starszą bruzdami o trzy dekady od twojej. Nie mogłeś jej znać. Dziwny był ten starszy człowiek. Śmiał się do siebie na głos, uśmiechał pod nosem. Dziwny. Pociągał cię. Było w nim coś. Było w nim To. W drzwiach zatrzymał się. Czekał na ciebie. Mamrotał pod nosem. Nie rozumiem. Powiedziałeś. Spojrzał ci w oczy. Wtedy poczułeś To. Znasz go, choć nie znasz go wcale. Wiesz o nim To, co tylko on wie o sobie. On wie o tobie To, czego ty jeszcze o sobie nie wiesz. Spojrzał ci w oczy byś i ty To wiedział. Znasz mnie? Patrząc w ciebie spytał cię delikatnie, intymnie, bezpośrednio wchodząc ci do serca. Jak Siaktamuni pyta Bodhiharmę. Jak Legion pyta Jezusa. Jak Mistrz wskroś dotyka kijem ucznia duszy. Oczy jak rozlewające się bezchmurne niebo. Mokre od nieustannego, ciepłego deszczu, który jest czystością błyskawicy. Nie bardzo, odpowiedziałeś, rozpoznając go. Patrzyliście w siebie. Potem, po chwili, która trwała tyle, ile trwa zwykle chwila, każdy poszedł w swoją stronę.

Czy może to jest tak? Zapytałeś wreszcie własnym głosem. Jakbyś się już nie bał mówić za siebie. Drżała w środku odpowiedź, której szukałeś wciąż. Odpowiedź, że odpowiedzi nie ma. Nie ma odpowiedzi, ale odpowiedź być musi. Tak być musi, jak kroczę po ulicy. Mówiłeś wreszcie własnym głosem, nie chowając się za plecami bezosobowego narratora. Tak być musi, jak jadę pociągiem. I jak jadę pociągiem, odpowiedź jest. Patrzę na jej twarz naprzeciwko. Lubię ją. Ale nie kocham. Inną kocham. Dobrze jest mówić za siebie. Tak jest odpowiedź, jak zasnąć nie mogę, a jak zasypiam śni się ta sama. Lubię tą pracę, ale nie kocham. Kocham inną. Jak mój oświecony kolega, Samael, nie chcę pomagać ludziom, choć całe życie wydawało mi się, że chcę. Nie chcę brać dłużej udziału w tym oszustwie, w tym leczeniu kłamstwem. Leczyć prawdą nie umiem. Mógłbym wyjechać na poszukiwania, gdzie można nauczyć się leczyć prawdą. Czy ktoś może mnie nauczyć prawdy? Gdzie mogę się nauczyć prawdy? Ciągle jestem mały, muszę się jeszcze dużo nauczyć. Może ty nauczysz mnie prawdy? Prawdy nie ma, drży czarna pewność. Ale prawda być musi, drży pewność pełna słońca. I nagle świta. I wokół, gdzie spojrzeć mgła, a w dole czarna przepaść, prześwitująca zza oparów skroplonego powietrza, przetykanego warkoczykami oślepiającej jasności. Nawet u leczących prawdą, prawdy nie odnajdę, choćbym rzucił moją kobietę, moją pracę i pojechał za prawdą w świat. Nie odnajdę prawdy nigdzie, bo nie ma jej nigdzie. A jednak prawda leczy. Taka prawda. Moja, nie twoja. Inna dla mnie, inna dla ciebie. Nie kocham jej. Ale ją lubię. Mieszkam tu, pod czujnym okiem moich stworzycieli, pilnujących bym na ich obraz i na ich podobieństwo. Na krótkiej, niewidzialnej smyczy. Tysiące nakazów, tysiące metafizyk, ale nasze najlepsze, synku. Steki bzdur, którymi wszyscy mnie karmiliście od dzieciństwa, którymi dalej żywiłem się jak chlebem codziennym. Co za idiota! Elipsa śmiechu zatacza kręgi. Mogę wyjechać, próbując zerwać smycz. Sam ją dzierżę w dłoni, więc nie muszę nigdzie jechać. Ale mogę. Nikt mi nie zabroni. A jeśli … Won! Mogę odejść od niej, bo jej nie kocham. Ale ją lubię, więc mogę patrzeć jak się starzeje, i jak rosną nasze dzieci. Nieprawda? Won! Nie ma jednej odpowiedzi, nie ma jednej prawdy. Tylko steki bzdur. Papier toaletowy! A moja prawda, która jest, jest tylko moja. Moją prawdą, ty możesz sobie wytrzeć buty. Moja prawda jest pewnością. Moją pewnością. Prawdy, metafizycznej prawdy nie ma. Ale moja, własna, prawda, doświadczona prawda jest. Tą kocham, tą lubię. To czuję, tego nie. To zrobię, to podepczę. Stoję na skraju przepaści, każdy krok, który stawiam, wedle swojej woli może mnie doprowadzić do upadku. I będzie prawdą mój upadek. I idę we mgle, na skraju przepaści, a powietrze pachnie pięknie. Każdy krok może być ostatni. żaden przez mgłę i na skraju przepaści, bez kompasu, nie może być pewny. Nie znam kierunku. Ale idę pewnym, równym krokiem. Wiem, że wnet mogę spaść i będzie to tylko moja zasługa. Dlatego pięknie pracują mi mięśnie niosąc mnie do końca. Po co mam cię pytać, dokąd iść, skoro, ty tak samo jesteś otoczony mgłą? Mówisz, że masz dobre mapy? Świetnie, będziemy mogli rozpalić ognisko. Muszę iść sam, stąpając pewnie, bo wokół mgła i skraj przepaści. Jedyna pewność dla mnie to moja pewność. Pewność siebie. Innej pewności brak. Pewność siebie. Oto moja prawda. Innej nie ma. A teraz wytrzyj sobie nią buty.Żeby tylko powaga nie zdusiła śmiechu. Żeby tylko znów nie podpierać ścian, trzymając się butelki, zamiast tańczyć. Żeby tylko znów nikt nie nazywał mnie filozofem, kiedy jestem błaznem. Żeby tylko nikt nie nazywał mnie błaznem, kiedy jestem filozofem. Żebym nie mylił kartki papieru ze skórą kobiety. Żebym nie mylił pieśni z kością, na której można ugotować zupę. Żeby tylko nikt nie nazywał mnie poetą, kiedy jestem chamem. Żeby tylko nikt nie nazywał mnie chamem, kiedy jestem poetą. Żebym się tak nie przejmował, jak kto mnie nazywa. O to wszystko proszę cię, Panie. Tak, dla formalności. Aha. I o dobrego analityka. I może jeszcze o dobrą karmę. Taką dla ptaków. Należy im się. Zrozumienie twoje nie jest głębokie, powiedział rosi Aeotsutagawa. Jako potwierdzenie otrzymujesz ode mnie tego oto kopa w dupę.

Jedna odpowiedź na “Rosi”

  1. Awatar selva Obscura – manuelvetro

    […] One Ona. Albo i On? Lustro i jego druga strona. Bezczas Zazen – WTC Rosi Pozdrowienia z […]

    Polubienie

Dodaj komentarz