Więc w autobusie patrzysz na jej włosy, lśniące. Pięć minut przedtem, w przejściu podziemnym, wtedy kiedy jasność słońca wdziera się w ostatki mrocznego korytarza, ujrzałeś jej kołyszący się lekko w prawo i w lewo, ciut w górę i ciut w dół, słowem pełna harmonia, wzrok twój przykleił się, nie bez przyjemności, nie bez podniecenia, raczej z dużym podnieceniem wyrażającym się szybkością wilgotnienia w spodniach i uwierającej ciasności, jej tyłek. Właściwie była to dupa. Była duża. Duża i soczysta. Jędrna i giętka. Czuło się jej sprężystość, to że jest twarda i miękka zarazem. Jednocześnie, w całej swej twardości wylewała się na boki, w górę i w dół, w rytm kroków. Urok polegał na tym, że ten wielki kawał tyłeczka, tak, wielki kawał tyłeczka, zespawany był lubieżnie z niezwykle szczupłą kibicią. I te włosy, lśniące, do ramion, których wiatr nie rozwiewał. Słowem właścicielką tego, jedynego w swoim rodzaju, tyłu, była smukła dziewczyna, szczupluteńka. Nadto, wbrew prawom natury, bujnemu tyłeczkowi nie towarzyszyły równie bujne piersi, co wraz ze smukłością kibici dorównującej mięsistości pośladek tworzyło to, czemu ulec można. Bez nalegań. Uległeś, rozkosznie oblizując usta, spieczone. Mlasnąłeś cicho, tylko dla własnego ucha. Czułeś erekcję serca, jak krew wzbija i gorzeje. I echo kroków, pogłos tłumu, w którym ty, który pragniesz i ona, która idzie. Ale nie idzie ona do ciebie i ty nie idziesz do niej, choć stopy wasze blisko siebie. Robi się parno, choć wieje chłód. Idziecie, każde sobie, a pożądanie twoje samotne. Wiesz tylko ty , któremu ta wiedza na chuj. Więc czemu tak samotni pośród tłumu ludzi, więc czemu pragnienie nie do ugaszenia i kroki osobne, które łączy tylko echo, gasnące melancholijnie w oddali korytarza. I gorzki piołun na języku, który mógłby wejść jej do ucha i wyczyniać harce piersiom. A tyłek, ten oto nadaje się do poklepywań, łagodnych, ostrych jak cynamon z pieprzem. A potem leżeć obok siebie i palić papierosa. I ma być ciemno, za oknem noc, albo w samo południe, ze skwierczącym słońcem zza framugi drzwi. Nic z tego się nie zdarzy, bo nigdy dotąd nie zdarzyło się, więc niby czemu teraz. Chociaż zobaczyć jej twarz, czy facjatka tak pasuje do obrazu całości, jak harmonia sprzecznych dotąd elementów. Jeśli nie, to spokój i zwykłe znużenie. Jak wielokroć, gdy zbliżałeś się po chodniku cicho, napalony jak wszyscy diabli, żeby zobaczyć choć twarz, żeby doznać choć tej radości, kiedy wszystkie elementy układają się w całość, a ty już wiesz, że to jest to, ze to ona, twoja kobieta, którą mógłbyś gładzić czule po twarzy, po tym jak kilka minut wcześniej rżnąłeś ją rasowo w jakimś tanim hoteliku. Jak wielokroć, tylko kilka razy było tak , jak chciałeś, żeby było. Choć zawsze musiało ci wystarczyć zamiast łkających spazmów na zmiętych prześcieradłach, widok całości i jej spojrzenie krótkie, na ciebie, rzadko z zainteresowaniem czy z sympatią, raczej jak się patrzy na psa przebiegającego znienacka, z lekkim oburzeniem, kontrolująco i z ulgą, że już sobie pobiegł, baz żadnych komplikacji, typu warczenie, szczekanie, czy nie daj boże gryzienie, które mogą się przecież zdarzyć na ulicy. Więc zbliżasz się do niej, żeby dostrzec choć twarz i modlisz się bez słów do boga, którego nie ma, a który jest, o sprzeczne rzeczy, żeby jej twarz, żeby tylko jej twarz piękna, a wtedy katusze, bo wiesz, że nie podejdziesz, i nie zaproponujesz tego, co tak dobrze znasz, co tak wiele razy z nią przeżywałeś w tym zawszonym hoteliku, pełnym słodkiego dymu cygar, których przecież nie palisz, których teraz prawie nikt nie pali, a których dym musi być słodki i koniecznie w tanich hotelikach. Wiec, żeby tylko jakiś szpetny fragment był facjatki, żeby nos był krzywy a oczy źle osadzone, wtedy cały urok pryska, a erekcja serca więdnie i wszystko wraca do znienawidzonego porządku: wiesz, gdzie idziesz, wiesz co masz do zrobienia, wiesz, że nie zrobisz tego na czas, albo i wcale, ale że zrobić musisz i w końcu zrobisz, bo taki jest świat, taka jest rzeczywistość, synku. Wiec podchodzisz, z nadzieją przemyślnie uknutą, bo każdy efekt zadowoli ciebie i każdy sprawi ci przykrość, bo jest swoim przeciwieństwem, bo jest tylko jedną stroną medalu, a ciebie nie sposób zaspokoić czymś, co nie jest całością, a jeśli już jest całością, musi być twoja, a nigdy nie jest, bo całość nigdy nie daje się uchwycić, zawsze wymyka się w ostatnim momencie, albo okazuje się, że tej całości wiele brakuje do całości, a ty obcujesz znowu z fragmentarycznością, niezaspokojeniem, brakiem, lecz wiesz, że tak jest, że nie będzie inaczej, dla ciebie nie będzie inaczej, niż jest dla wszystkich, chociaż słyszałeś o wyjątkach, co to klaszczą jedna ręką i zażerają poziomki spadając w przepaść, ale to nie ty, ty co najwyżej, jeśli nie przestaniesz roić o całości, choćby takiej przemijającej skomponowanej z dobrze skrojonych kawałków, jednak kawałków, tobie zostanie tylko zawinąć twarz w białe kiedyś prześcieradło w domu, z którego nie ma wyjścia; więc nawet nie próbujesz, nie próbujesz zbliżyć się do niej, gdyby była piękna, chęć posiadania jej, bo razem bylibyście całością, ty i ona, ona już całością, złożoną z tak nieprzystających części, które jednak rezonują z twoim pragnieniem transcendencji, choćby tej transcendencji poza chmurny dzień, w przestrzeń zadymionego pokoiku, w której wasze ciała kłębiąc się i tarmosząc uspokoją wichry, zasysając burze jednym wspólnym oddechem, i tabuny koni w jednej chwili krzyku, gdy znika wszystko, potem kiedy wraca, z papierosem, gładząc jej twarz, wiedząc że to jest jedyna wieczność, jakiej dostąpisz. Mijając ją trwożliwie rzucasz ukradkowe spojrzenie psa, który, jak uważasz, że zwykła ona sądzić, będzie chciał gryźć, pewnie nie wie, że ma rację, pewnie nie wie, jak blisko jest prawdy, rzucając w myśli takie na ciebie inwektywy, zerkasz na nią sekundowo, omiótłszy piersi, dwa wzgórki, tak wyświechtane przez poezję, i jak tu powiedzieć, że te akurat były delikatne, ledwo zarysowane pod bluzką, których faktury tak łatwo było się domyślić, że prawie było ją widać i sutki. I ta twarz, znajoma. Twarz, łagodnie zarysowana, dodająca czułości do zmysłowego obrazu całości jej ciała złożonego z nieproporcjonalnych elementów. To, co nie przystaje czasem pięknem się staje, jak było w tym przypadku właśnie. Piegi, dużo piegów i oczy ogniki płonące, żywym lecz dogasającym ogniem, takim , co to bliższy żaru, daje dużo ciepła i skłania do refleksji, migocząc radośnie, choć ostatkiem energii, tak ona, po oczach, zrównoważona, równo płonąca, ciepła gorącem wystarczająco żywym na codzienne chłodne ranki, gotowa rozżarzyć się i zapłonąć jasnym światłem, gdy ja trochę podsycić, dolewając koniaku, czy choćby przysłowiowej oliwy do ognia, lub, to pewna, dobrym pomysłem na spędzenie – cóż za słowo – z nią – rozkoszowanie – czasu, aż się wypali, co się wypalić musi, nic nie może chyba płonąć wiecznie, jak nie tylko płomień olimpijski, ale to inna historia. Już przyśpieszyć kroku, bo rumieniec, takie rozważania. Lecz oto, cześć, ale dawno ciebie nie widziałam. Ja ciebie też, kłamiesz, bo przecież widziałeś ją przed chwilą, chwilą, która trwała już kilka dni, choć nie wiedziałeś jeszcze, że to ona. Więc jednak rumieniec. Rozmowa o niczym, co porabiasz, takie tam, a ja, no to powodzenia, ona taka kobieta, a ostatnio ją widziawszy – a było to parę lat – jeszcze dziewczynka w spojrzeniu i tyłeczku, chociaż w piersiach już nie. A teraz kobieta pełnymi biodrami, z ustami pełnymi jej piersi, lekkie podszczypywanie brodawek, Boże, jakie to piękne, coś stworzył, mówisz do siebie bezgłośnie. Jak tak dalej będziesz tworzył, a będziesz, bo materiał samoreplikuje się w postępie podstępnie szybkim, to dostanę zawału z zachwytu i pożądania. Ona wtedy – pamiętasz – z różą i delikatnym całuskiem w policzek, tak, już wtedy uczułeś lekkie ukłucie w sercu, piękne wiersze, piękne, mówiła i patrzyła na ciebie jakbyś był naprawdę wielkim poetą, a ty przecież, to były twoje juwenalia, czułeś się smarkaty i nie wiedziałeś jak odpowiadać na pytania publiczności, notabene głupie, więc nie wiedząc o tym wstawałeś co chwilę, jakbyś chciał uciec, jak powiedział ci potem ktoś, a co musiało być prawdą, bo ci ludzie niczego nie rozumieli, jeśli w ogóle było coś do rozumienia, przecież nie mogłeś się wysłowić, wiersze niewiele ci pomogły, cały czas nie możesz powiedzieć, tego, co najbardziej chcesz powiedzieć, analityk więc, że to przedwerbalne, czyli twoje próby skazane na niepowodzenie. Więc jednak rumieniec. Powodzenia, powiedziałeś i zmyłeś się jak niepyszny, zmyłeś się bez mleczka do demakijażu, w tempie rwącej brzegi rzeki, tyle w tobie było wstydu, bo przy jej pięknie twoje cielsko i twoja twarz, tak teraz szkaradna, strach pomyśleć, więc uciekłeś, rzekłszy powodzenia, bo akurat zdawała na studia, na które i ty chciałeś, ale ostatecznie wybrałeś inne, które właśnie skończyłeś, o czym ją poinformowałeś, nie dodawszy, że czasem żałujesz wyboru, chociaż z reguły nie, o czym pewnie byś ją zawiadomił, gdybyś nie uciekł przerażony pięknem, pięknem, po które wystarczyłoby sięgnąć, bo było dosłownie i faktycznie, wiesz, że mógłbyś ją wziąć, choć młoda i może dziewica, nigdy jeszcze nie brałeś dziewicy, lecz idealizowała cię widząc w tobie kogoś, kim nie byłeś, kim może chciałbyś być, lecz wiesz, że nie będziesz, lecz ona tego nie wie, w całości w zasięgu twojej ręki. Zanim pozna oszustwo, gdy prawda wypłynie na wierzch, gdy dowie się, że nie jesteś kimś, a jesteś nikim, za to obleśnym, więc, do widzenia, ty gnoju. Uciekać, czym prędzej, w nogi zatem, bo jeśli nie, to będzie w najlepszym, czy w najgorszym przypadku z inną tak, jak jest z obecną teraz, choć jaka szkoda, jaka szkoda, że nie będzie i jaka szkoda, że teraz z obecną.
Jedna odpowiedź na “jaka szkoda”
-

[…] Traktat o śmierci czy o życiu wiecznym. One Ona. Albo i On? Lustro i jego druga strona. Bezczas Zazen – WTC Rosi Pozdrowienia z Nowego Jorku niepamiętnik jaka szkoda […]
PolubieniePolubienie

Dodaj komentarz