III
Z Różyczką, jesteście razem, ale osobno, albo nie jesteście razem, ale jesteście. Tak żeście się umówili, po tym, jak Ofelia i jedna jeszcze taka Flora doniosła Różyczce, że obejmowałeś Alę, i że pewnikiem rżniesz ją, że hej, wtedy Róża odeszła znów, a ty zadzwoniłeś do Elżbiety, i miała rację Róża, że odeszła. Kiedy wysiadłeś z pociągu, biegłeś za Elżbiety plecami tak, że nie spostrzegłeś Różyczki w samochodzie z ojcem, którzy wyjechali po ciebie na dworzec, tak goniłeś tą czarną skórzaną kurtkę i biodra poruszające się w szybki, nerwowy, tak charakterystyczny sposób, że to musiała być ona, że Róża z ojcem też cię nie spostrzegli, kiedy ty próbowałeś dogonić te smukłe plecy okryte skórzaną kurtką, by się przekonać, czy za nimi naprawdę stoi Elżbieta, plecy za ciasno opięte i biodra, przez chwilę dziwiłeś się, czemu tak za tym gonisz, bo przecież Różyczka wygląda dokładnie tak samo, i byłaby to ona, gdyby nie ten charakterystyczny chód, który poznałbyś wszędzie. Dwie godziny później Róża odeszła. I miała rację, choć więcej intuicji, bo żadnych dowodów, do tego co czujesz , nie przyznawałeś się tak jasno, żeby od razu rozstanie, co najwyżej kłótnia, lecz ona wiedziała już wszystko lepiej od ciebie. I miała rację. I kiedy poprosiła cię, żebyś przyniósł jej podpaski, po drodze do sklepu zadzwoniłeś do Elżbiety. Prawie już przypadkiem bym cię dziś spotkał na dworcu w Wygwiździewie, gdyby nie to, że uciekałaś przede mną, jak w pierwszej licealnej. W pierwszej licealnej wcale od ciebie nie uciekałam, mówi Elżbieta tak ciepło i czule, jakby mówiła ci kochałam cię wtedy głuptasie. Uciekałaś, uciekałaś, śmiejesz się, by zagłuszyć płacz, ja wiem lepiej, przecież napisałem o tym powieść. Poza tym, mówi Elżbieta, dzisiaj też nie uciekałam przed tobą, bo w ogóle nie byłam dzisiaj w Wygwiździewie. Ale nie, martw się , musimy się spotkać obiecuje Elżbieta, zadzwonię do ciebie , albo napiszę maila i się umówimy.
Z Różyczką , jesteście osobno, ale razem. Jest wam super. Różyczka śmieje się lepiej niż Elżbieta, bo prawdziwiej i mniej autystycznie a może histerycznie, w każdym razie wiesz z czego się śmieje, a Elżbieta śmiała się ciągle, jak niektóre schizofreniczki, nie wiedzieć z czego. Róża wygląda ślicznie. Łapie cię za słówka, jak analityk. Podziwiasz ją. Odkąd nie sypiacie ze sobą, ty ją podziwiasz, a ona ciebie. Kiedy ona jest taka, jak tylko chcesz żeby była, no, jak Elżbieta, chociaż ona taka nie jest dlatego, że ty chcesz, tylko, że kiedy ty już od niej niczego nie chcesz, bo chcieć nie możesz, bo nie jesteście już razem, to ona taka jest i już. I ma na imię Różyczka. I jest twoją kobietą. I znowu mnie chcesz zniszczyć, mówi Różyczka. Jaką twoją? Jestem Kobietą. A ty jesteś mężczyzną. Czasem możemy pogadać, kiedy się pragniemy, możemy się pokochać. Kiedy indziej jeszcze idziemy razem na spacer. Ale ja jestem swoja, więc łapy trzymaj przy sobie, a ode mnie wara. Jestem swoja. A to, co twoje, to tylko ty. Rozumiesz, głuptasie, mówi Różyczka, jak Elżbieta, choć przecież ty wcale nie wiesz jak mówi Elżbieta, ale wiesz jak chciałbyś, żeby mówił twój ideał kobiety, który, odkąd Różyczka od ciebie odeszła, odkąd nie masz już kobiety, i masz tylko siebie, do czego ciągle nie możesz się przyzwyczaić, wcielił się w tą, której nie dawałeś już żadnych szans, a która, całkiem bez twojego pozwolenia , a raczej z pełną twoją rezygnacją, zaczęła robić, co uważa, za słuszne, w pierwszym rzędzie odchodząc od ciebie, a ciebie ma w dupie, gdzie jest twoje miejsce i skąd, ze swojego gówna spoglądasz na nią do góry, z podziwem i już ją kochasz znów, lecz inaczej, tak jak Elżbietę kiedyś, kochasz ją bez słów, podziwiając to zdumiewające zjawisko, które nie może być z tego świata, a na pewno nie jest ze świata twojego, a z całkiem innego, który cię fascynuje, a który ty chcesz poznać, za pomocą słów, wzroku, zapachu i milczenia, a dotyku, już niekoniecznie, niekoniecznie może to być namacalne, zjawisko to raczej jest nieuchwytne, że kiedy się go dotknie to znika, i już go nie ma, więc ten zmysł, dotyku, na razie pozostaje w cieniu.
IV
Miała Elżbieta napisać. Ale nie napisała. Miała Elżbieta zadzwonić, ale zadzwoniłeś ty. Zadzwoniłeś ty a odebrał on. I miał taki miękki, brzydki, pedalski głos. Nie tak wyobrażałeś sobie restauratora. Miał być lepszy od ciebie, tak jak Gabriel był. A restaurator brzmiał jak ciasto. I brzmiał młodo i niepewnie. Niemęsko. Cipiasto. Do jasnej cholery, ten restaurator brzmiał jak ty! Podał Elżbietę. żadnego pytania, kto, co i po co do cholery. I spierdalaj od mojej laski, fagasie. Klucha, jak ty. Zwyczajnie oddał ci słuchawkę. Elżbieta mówi halo, sennie, leniwie, rozwiąźle, tak, jak zaspana Różyczka, tak, jak najbardziej tego u Różyczki nie lubisz. Obudziłem cię, mówisz. Nie, nie spałam, chociaż jestem pod pierzynką, rozwiąźle mówi Elżbieta i leniwie, całkiem inaczej niż poprzednio, kiedy, jak srebrnych iskierek sto. Serce ci już nie drży, i przyznaj, nie chce ci się z nią już gadać. To, przepraszam, wracaj pod pierzynkę, mówisz, zdzwonimy się później. Nie, no mów, ja bym do ciebie i tak zadzwoniła, przeciąga sennie Elżbieta. To kiedy się umówimy? Umawiacie się na piątek, z twojej inicjatywy, bo ty dziwnym trafem zapomniałeś, że w piątek nie spotkasz się z nią na pewno w Warszawie, bo, jest święto, które na pewno spędzisz w Wygwiździewie, tam, gdzie leży dziadek i pradziadek, który dumnie stoi na zdjęciu z szablą u boku, wąsem podkręconym, drugą żoną w dokumentach, trzecią w głowie, białym koniem w stajni, prawnukiem, którego za kilka lat będzie uczył jeść zupę łyżką, zupę do której kruszy się chleb, i ty rzeczywiście, kruszysz chleb do dziś, bo to jest twoja jedyna modlitwa za pradziadka, za którego modlisz się kruszonym chlebem, bo słowami modlić się już nie będziesz . Więc umawiacie się na piątek, a ty kończysz rozmowę, bo Elżbieta nie sennie, a lubieżnie wypowiada słowa, lecz nie dlatego, że ty po drugiej stronie fal radiowych, tylko dlatego, że klucha pod pierzyną cmoka ją tam, gdzie ty cmokałeś Różyczkę, kiedy oddałeś ją, nie spytawszy kto zacz, bo wiedziałeś, kto zacz, i bez wyzwisk i pogróżek, bo on tylko na to czekał, a wszedłeś pod kołdrę i zacząłeś robić to, co teraz robił klucha, rzeczywiście sprytnie, i Różyczka wtedy tak samo lubieżnie i leniwie sennie i ty pełen radości i Bożydar z telefonem w ręce tak szybko skończył rozmowę, jak ty skończyłeś teraz. I ja chciałem dać jej powieść. Jako pierwszej. Powieść o niej, i o tym, że jest moją duszą. To co czujesz, to nie jest niesmak, choć smaczne to nie jest i niełatwe do przełknięcia. Figa z makiem. Myślisz. Niech ją sobie kupi w kiosku. Jak mogłem się tak pomylić. Jak mogłem być taki głupi, mówisz z niedowierzaniem kręcąc głową. Elżbieta i Różyczka, są takie same. Bez różnicy. Dla ciebie, bez różnicy, poprawia cię Różyczka w twojej głowie, na którą patrzysz od niedawna z podziwem. Raz Różyczka jest Elżbietą, raz Elżbieta jest Różyczką. Te dwie różne osoby dla ciebie są jedną i ta samą. Tą trzecią, a właściwie tą pierwszą, w twojej głowie, twoich jądrach i brzuchu. Tą której nigdy nie było, a czasami była taka, że chciałeś, żeby nie było jej już nigdy. I już wiesz, że Elżbieta twoja nie będzie, będzie swoja, z kim chce. I już wiesz, że Różyczka twoja nie będzie, będzie swoja z kim chce. Może z tobą, a może nie. I nie wiesz jeszcze tylko tego, co najważniejsze, nie wiesz, do cholery nie wiesz, z kim chcesz być ty i czy w ogóle chcesz być, bo już nawet nie kim. I kiedy analityk pyta cię, na pierwszej wizycie, po co Pan tu przyszedł, skoro twierdzi Pan, że po to, żeby siebie poznać, a powiedział pan, że napisał powieść i poznał siebie, zatem po co pan tu jest, odpowiadasz, że w powieści tak naprawdę tylko udawałeś przed sobą, że siebie znasz, żeby nie poznać tego, że nie znasz się wcale, i po to tu właśnie jesteś. Jutro, o dziewiątej, pyta analityk.
I wracasz, lekki, oszołomiony, bez nadziei, nie licząc ciepłych słów Różyczki, która to rzeczywiście cię nie zawodzi, w przeciwieństwie do ciebie, który nie dość, że zawodzisz ją drugi raz, to zwodzisz jeszcze, co do swojej uczciwości każdego poranka, kiedy jeszcze pamiętasz ciała innych kobiet, które zaraz po tym, jak ją całujesz, ulatują tam, skąd przylatują potem w nocy i skąd w dzień czasem szepcą do ciebie obrazami wyuzdanych dziewcząt przeróżnej urody.
V
Następna książka, która zacząłeś pisać, oczywiście nosi tytuł Anal Iza, wymyśliłeś go dziś w pracy. Kto to jest Iza? Pyta Różyczka. Jaka Iza, mówisz. To jest Anal Iza. Kto to jest Iza anal(nie) upiera się Róża. Nie znam żadnej Izy, mówisz. Chociaż, zaraz, zaraz, przecież kwadrans temu mijałem taką jedną Izę wracając do domu. Iza, ta właśnie, którą mijałem, to właściwie pierwsza kobieta, którą mogłem posiąść, mówisz, a Różyczka już się krzywi. Miałem wtedy dwanaście lat i pierwsze polucje, i niewinny byłem jak wiosenny kapuśniaczek. Iza miała trzynaście lat, ojca policjanta i zajadała banany, wtedy kiedy bananów w Polsce jeszcze nie było. Jak chcesz, to możesz do mnie przyjść i dostaniesz banana, śmieje się do ciebie Iza. Nie wiesz, pewnie, mały, że banany nie służą tylko do jedzenia. Jak to, dziwisz się. Ja używam ich do jeszcze czegoś innego, prowokuje cię Iza. Ale ty nie wiesz do czego, bo jesteś za mały i nie miałeś jeszcze kobiety. Ile ja miałem kobiet, mówisz, przypominając sobie swoje fantazje, to ty nie zliczysz na palcach jednej ręki, chełpisz się. Naprawdę, nie dowierza Iza. Kochałeś się już? Oczywiście, czemu miałbym kłamać, kłamiesz. Nie wierzę ci, maluchu, śmieje się z ciebie Iza, która chyba naprawdę miała w cipce nie tylko banana. W każdej chwili możesz się przekonać, ale to ty nie kochałaś się jeszcze, więc się nie odważysz. No to się przekonajmy, mówi Iza, wsiadając na rower. Jedziemy do parku, i tam pokażesz mi, co potrafisz. Dobra, mówisz z sercem w gardle i kutasem stojącym pod koszulą, jedziemy. I wiesz, do parku było blisko, opowiadasz Różyczce, i jechaliśmy koło działki, naszej działki, na której pracował ojciec. I kiedy go zobaczyłem, nacisnąłem hamulec i zawróciłem w miejscu. Zobaczyłeś ojca i nacisnąłeś hamulec, śmieje się Różyczka. To już wiem, czemu Iza, mówię, ale czemu Anal? Jak to czemu, odpowiada Różyczka.
VI
Wiesz mówisz Różyczce, analityk się spytała, czego się boję i ja tylko rozłożyłem bezradnie ręce, ale chyba wiem, czego się boję. Boję się że umrę. Tak to wynika z mojej poprzedniej książki. Powiem ci nawet na co, na serce. Mam chore osierdzie i dostanę zawału. Najpierw się zbadaj, potem będziesz gadał, powiada Róża. Naprawdę, ciągniesz. Boli mnie serce. Mówiłem jej, że napisałem trup, trup, i że przestraszyłem się tego, we mnie, co chce mnie zabić, ale teraz myślę, że to trup, trup, mogło znaczyć, że ja już jestem trup, znaczy mogę na dniach umrzeć. Róża tylko patrzy, wystraszona. Kiedy wracałem dziś pociągiem, to byłem prawie pewien, czułem, że pociąg ulegnie katastrofie, i nawet przygotowałem torbę w której była powieść, żeby ją w razie co, wyrzucić przez okno, poza tym, zauważ, że ja nie mówię książka tylko powieść, kumasz, zapisz fonetycznie powieść, wyjdzie powiesić, powiesić się. Poza tym, bohater mój w tej książce, umiera. I ja powiem ci, gdybyś teraz mnie wysłała na miasto po zakupy, to bałbym się wyjść na ulicę, bałbym się, że dostanę zawału. No to nigdzie nie pójdziesz. Ja nie pozwolę ci umrzeć, mówi Różyczka . Powiem ci więcej, wymyśliłem już zakończenie dla swojej nowej powieści, wiesz, zakończenie jest takie, że ja boję się śmierci i piszę o tym, że główny bohater się tak samo boi i kończąc ostatnie zdanie dostaje zawału i umiera, i ja który to piszę, umieram dokładnie wtedy, kiedy stawiam ostatnią kropkę, i dzięki temu, powieść może ocaleć, bo kiedy ja umieram ty jesteś w domu, a ja skłoniwszy głowę na klawiaturze, nie zdążyłem zamknąć pliku i dzięki temu ty masz dostęp do książki, bo przecież normalnie nie znasz hasła, i masz też dostęp do tej pierwszej, bo już jest wydrukowana, a ja , skłoniwszy po raz ostatni głowę nie zdążyłem jej schować, tak jak zwykle to robię, nim zasnę, żebyś przypadkiem jej nie przeczytała. Ale ty masz fantazję, mówi Różyczka. Co nie? Śmiejesz się patrząc jej w oczy. Dlatego tak się spieszę, piszę drugą powieść w ciągu miesiąca, żeby zdążyć przed śmiercią. Szczególnie dlatego, że w pierwszej powieści obsmarowałem ciebie i siebie, siebie najbardziej, co nie było do końca prawdą i dlatego piszę drugą, żeby zadośćuczynić prawdzie. Tak jakbym musiał umrzeć, żeby móc wydać moje książki, bo umarłemu się przebacza, kończysz. Napisałeś powieść i nie masz po co żyć, podsumowuje Różyczka. Napisałeś powieść i możesz już umrzeć.
VII
Mam jeszcze inny pomysł, gadasz dalej, ale moja analityk się nie zgodzi, chyba, że wystraszyła się tego trup, trup, i podejrzewa, tak jak ja, że tu nie chodzi o destrukcyjną we mnie siłę, ale o przejęzyczenie zwiastujące śmierć, wiec może zrobi to, żeby mnie uratować, jeśli uzna to za słuszne, powiem jej czego się boję, i co by mnie uspokoiło, boję się że umrę, powiem, a uspokoi mnie, kiedy dam Pani hasła do moich obu powieści, dzięki temu kiedy umrę, dalej będę mógł mówić i może ktoś mnie zrozumie. To tak jakbym dawał jej klucze do siebie, ciągniesz, klucze do zrozumienia mnie, klucze, które brzmią tak, że sam nie wiem czy mam śmiać się czy płakać, jeśli to są klucze, a chyba są, bo przecież sam powiedziałem, że to są klucze, i kończysz, trzymam te klucze po jednym w każdej ręce i daję jej, podaję się na tacy, jak te klucze w rękach, chujwdupęłodzi do niepamietnika i narcismuss do powieści bazgra nina.
VIII
Wiesz, jak się będzie kończyć moja Anal Iza? Prowokujesz Różyczkę, żeby dalej łapała cię za słowo. Dopiero zacząłeś pisać drugą książkę Bazgra Nina, a już piszesz trzecią Anal Iza, trzecią w tym miesiącu, i to od końca. Co ty kurwa, robisz, facet, śmieje się przyjaźnie Różyczka. Kończyć się będzie tak, że gdzieś tak w okolicach parę dziesiątej sesji, bo Anal Iza to będzie rzeczywisty zapis mojej analizy, oczywiście przemieszany z moimi fantazjami, jak te dwie poprzednie powieści, jedna, mówi Różyczka, bo drugą dopiero zacząłeś, jak te dwie poprzednie, poprawiasz, choć tu znów się mylisz. Więc kończyć się będzie tak, że ja jej mówię, że ja to wszystko zapisuję, na co ona wreszcie traci kamienną twarz, bo się wścieka, ale opanowuje się szybko i mówi, albo analiza ze mną albo twoja własna Anal Iza. I ja mówię moja własna Anal Iza, i wychodzę. I to jest koniec zarazem mojej Anal Izy jak i mojej analizy. Nie zacząłeś a już kończysz, śmieje się Różyczka.
IX
Muszę się onanizować, mówisz jej, zrozum. Musisz się onanizować, pyta Róża. Ja powiedziałem onanizować? Tak. Chciałem powiedzieć analizować. Przestań już gadać. Krzyczy Różyczka. Jesteś po pierwszej sesji, a drugi dzień się już analizujesz. Popatrz, mówisz do niej, przestałem z tobą sypiać , przestałem nawet się onanizować i zacząłem się analizować. Albo onanizm jest dla mnie analizą, albo odwrotnie, chyba odwrotnie, analiza onanizmem, bo przecież, kiedy tylko mi otworzyła drzwi, powiedziałem dzień dobry, nie mieliśmy jeszcze przyjemności i szybko, dodałem, się spotkać, jak najszybciej to dodałem, bo ja już widziałem to, co i ona ujrzała i może dlatego trzymała mnie na dystans, per pan, bo usłyszała, że chcę z nią mieć przyjemność już na pierwszej sesji i gdyby nie ten dystans, to bym ją miał. Przestań, krzyczy Różyczka. Do niej to mów, nie do mnie. Przecież normalnie mówię, do kurwy…. Do kurwy, powtarza pytająco Różyczka. Chciałem powiedzieć do kurwy nędzy. Ona jest twoim analitykiem, nie kurwą, kończy Różyczka.
X
Wiesz, mówisz do Różyczki. Może ja nie dlatego chcę cię wysłać do Bożydara, żeby sobie zrobić krzywdę, tylko, rzeczywiście po prostu jestem dobry i zależy mi na twoim dobru, wiesz. Pamiętasz przełamując fale, pytasz, pamiętasz? Wyścigówka mówiła, że ta kobieta była z pogranicza, ale ona chyba nic nie wie o ludziach z pogranicza, znaczy, rzeczywiście symptomy miała z pogranicza, ale symptomy są tylko po wierzchu, a naprawdę była świętą, i bardzo dobrze, chociaż wtedy byłem na Larsa zły, za to, że nie dał miejsca na własną interpretację, tylko zadzwonił dzwonami z nieba w finale, i wszyscy wtedy wiedzieli, że ona poszła do nieba. To był wstrętny film, mówi Różyczka, która sama była skrzywdzona nie raz, tak jak tamta. Ona nie zrozumiała, tłumaczy ci Różyczka, że mąż chce jej szczęścia, i kiedy sam nie może, to wysyła ją do innego faceta, a nie do wszystkich, do jednego, żeby z nim żyła i założyła rodzinę. Z tego, co ja pamiętam, to on nie wysyłał jej do jednego, tylko właśnie do wszystkich, bo nie mógł, (…) ja teraz (…) wysyłam cię do Bożydara, ale miał fantazje seksualne, (..) a oni zabili już przecież jedną prostytutkę i reszta boi się, ale ona, mimo, że się boi, płynie na szkuner, choć wie, co ją czeka, ale płynie tam, by zaspokoić swojego męża, bo tak bardzo go kocha, że nie może nie spełnić jego życzenia, choć wie, że tym razem, nie opowie mu o tym z najdrobniejszymi szczegółami w szpitalu na ucho, jak dotychczas, co i jak robiła z innymi, jak było do tej pory, na jego życzenie, co było podnietą do dalszych fantazji, bo już nigdy nie zejdzie z tamtego pokładu, i ma rację, bo wynoszą ją stamtąd, jej mąż ją wynosi, bo kiedy ona krzyczała ostatni raz, a raczej próbowała krzyczeć, albo krzyczała i płakała tylko w poduszkę, albo tylko w bogu, kiedy oni (…) a jej umierający mąż wstał ze śmiertelnego łoża, i popłynął po jej , swojej żony, zwłoki, płacząc, by jej wyprawić pogrzeb, jaki wyprawia się tylko starym wilkom morskim, wrzucić jej święte ciało do morza, święte w pełni gdy biły dzwony w środku oceanu, dzwony ciężkie, choć nie z tego świata, które rozedrgały powietrze, gdy ciało jej wstępowało w morze, a ona wstępowała w inną, choć całkiem niewinną w niebieskość, i może ja, mówisz Różyczce jestem taki, jak ona, ona nie była z pogranicza, tylko była po prostu świętą, a ja nie jestem psychotykiem, jeśli widzę padające z nieba przez kwadrans kwiaty, to po prostu z nieba lecą kolorowe płatki róż, stokrotek i hiacyntów, kiedy widzę z ojcem Frankiego Furbo, to widzę Frankiego Furbo, kiedy mówi do mnie bodhiharma, to on właśnie do mnie mówi, a kiedy legion woła mnie bezgłośnie po imieniu, to spotykam się z legionem, a kiedy To staje się we mnie Bogiem i wybucha, tak, że krzyczę z radości i bólu, że mnie nie ma, choć widzę się przecież, jak krzyczę, ja jestem, ja jestem, ale ja jestem znaczy teraz Jahwe, jestem, który jestem.
XI
Czyli ty wysyłając mnie, żebym zerżnęła (…) Bożydara i żeby on mi potem (…) żebym umarła, kiedy To, przerażające jasnością i obłędnie gorące słońce wejdzie we mnie pizdą, dotrze do stóp i wyjdzie przez głowę, jak wtedy było już raz z tobą w czerwcowe popołudnie, choć się wycofałam i nie pozwoliłam, i żebym umarła, zmieniając się w piorun kulisty, żebyś ty nie musiał umierać, bo boisz się, że umrzesz, czyli ty zatem myślisz, że jesteś taki, jak ta święta, kiedy to ja naprawdę jestem święta, a ty jesteś jak on, każąc mi rżnąć się z innymi, a ja rzeczywiście jestem święta, nie dlatego, że ciebie uchronię od domniemanej twojej śmierci, umierając podczas wzajemnego rytualnego tybetańskiego gwałtu z Bożydarem, żebym mogła kapać ci kroplami deszczu z nieba na twarz, które ty pomylisz ze swoimi łzami, więc wiedz, że jestem święta, jak tego chcesz ode mnie, ale tylko dlatego, że trzeci rok słucham tych głupot, które opowiadasz, ale powiadam ci, dość.
XII
I już nie wiesz, czy ty jesteś jak ta święta dziwka Larsa von Triera, czy ty jesteś raczej jak jej mąż, który nie będąc w mocy, fantazję odkrył w sobie wybujałą, gwałtowną i brudną, którą w życie chciał przemienić, jednak bardziej się skłaniasz ku rozumieniu Różyczki, która mówi ci delikatnie wciąż, że jednak bliżej ci do alfonsa niż do mistyka, i już myślisz, że ma rację, gdy kolejny raz, w dniu jej wyjazdu do Poznania, prosisz ją wprost i aluzjami, błagasz ją milcząc i śpiewając do niej, by zrobiła z nim tam to, czego ty z nią boisz się zrobić, a czego tak bardzo pragniesz. I kiedy mała powiedziała, że zrobi, co uważa, a ty uważałeś, że jest jakaś szansa, że Różyczka będzie (…) od Bożydara i (…) , przypomina ci się to, co przyśniło ci się kiedyś, tak realnie, jakby śniło ci się to, żeś się obudził. I dawny sen zaczynał się od tego, na czym dziś się skończyło z Różyczką. Zaczynał się tym, iż wiedziała ona, że ty wiesz, że ona go pożąda, i ty powiedziałeś, czy może ona, dość, że oboje to wiedzieliście, że każde z was, choć w tym śnie chodziło o nią, robić może to, czego zechce, co w rzeczywistości przekładało się na rżnięcie z tą czy tym, który pociąga w danej chwili, za obopólną waszą na to zgodą. I we śnie ona, którą byłeś ty, bo patrzyłeś na nią z boku i jednocześnie miałeś wgląd w jej odczucia tak, jakbyś nią był, ona spotkała jego i zapragnęła go silnie, śliskimi udami. I poszli na zaplecze, gdzie on ją rozebrał, i kiedy rozbierał się sam, przyszli zza zasłony jego koledzy i trzymali ją kiedy się wyrywała, i włożyli jej knebel w usta i (…) coraz bardziej wulgarni, tak, że ona, zanurzyła się w tym , zatraciła, i nie wiedziała już, kim jest, i co robi, i wołała tylko mocniej, mocniej, i robili jej to mocniej, i coraz mocniej tak, że kiedy leżała już w twoich ramionach, kiedy przywlekła się nad ranem do domu, (…), posiniaczona, a krew jej leciała nie tylko z nosa (..), ty wycierałeś jej ciało z zakrzepłej krwi i (…), myłeś włosy, posklejane (…), i tuliłeś, kołysząc się rytmicznie, i płakaliście oboje, ale ty płakałeś bardziej, bo ona nie miała już sił i łez, i tylko jęczała cichutko, kwiliła jak niemowlę, pobita, z żółtymi siniakami na brzuchu i udach, i podpuchniętymi, sinymi oczami. I wydzwaniasz, teraz, przestraszony, do niej, do Poznania, bo dojechała już, i powinna się była odezwać, ale nie odezwała się, choć potakiwała, gdy mówiłeś, zadzwoń, gdy będziesz już tam, gdziekolwiek będziesz nocować, a ona nie dzwoni, więc chyba jej głupio, bo wybrała tak, jak chciałeś, żeby wybrała, lecz głos jej drży, albo właśnie krzyczy razem z Bożydarem i dlatego zadzwonić nie może. I właśnie, kiedy stawiasz kropkę, jak się spodziewałeś, postawię kropkę i zadzwoni, dzwoni rzeczywiście i mówi nie martw się, ale ty martwisz się nadal, nie dlatego, żebyś jej nie wierzył, choć wypiera się, i nie wierzysz jej, ale dlatego, że wiesz, jak To jest przewrotne, i jak Wielki Kpiarz potrafi zakpić z człowieka, co czasem wychodzi mu na dobre, a czasem mu nie wychodzi, i wiesz także, że życie czasem naśladuje prozę, szczególnie twoją, choć przecież miało być odwrotnie.
XIII
Co to jest oświecenie? Pytasz się po raz ostatni. Tak w ogóle, to nie wiem. Powtarzać tego, co piszą w książkach, mi się nie chce, zresztą nic z tego nie rozumiem. Tak dla mnie, to moje oświecenie, o którym wczoraj myślałem oświecenie, a dzisiaj już nie myślę, a jeśli myślę, to myślę, że nie, jest takie, że jestem człowiekiem. Nie jestem bogiem, i o bogu nic nie wiem. Człowiekiem jestem takim, co to chciałby bogiem być, ale już wie, że bogiem nie będzie, a człowiekiem już jest, czy tego chce czy nie i dobrze jest mu być człowiekiem bardzo. Bardzo dobrze. I nawet czasem, co dziwne, już bogiem być nie chce, i nie tylko dlatego, że nie wie już całkiem, co to znaczy bóg, ale dlatego, że jako człowiek, czasem, rzadko, spotyka innych ludzi, nie oświeconych, nie mistrzów. Ludzi, z którymi może porozmawiać szczerze, ludzi, których lubi, niektórych kocha. I często nawet płakać się chce, ze wzruszenia i z radości, i częściej jeszcze ze smutku, z bezsilności, a najczęściej gniew. I złości dużo, ile trzeba. To wszystko, nic więcej, jak mówi jeden mały chłopczyk, kiedy nie ma już więcej nic do powiedzenia. I kiedy kto mnie spyta, kim jestem, albo każe mi pokazać twarz sprzed moich narodzin, lub klaskać jedną ręką, to chlasnę go w twarz, a potem zaparzę mu herbaty. Posłucham, co ma do powiedzenia, i niech idzie, gdzie ma iść, z odciskiem jednej, klaszczącej ręki na mojej twarzy, sprzed swoich narodzin, szukać odpowiedzi na pytanie, kim jestem.







Zostaw słowo, lub to, co pomiędzy słowami.