

między wierszami, jest To, co Jest
By


Jeszcze ccoś napiszesz, tylko nie jakoś, bo jakoś, to bylejakoś. Pisz.
I czytam dwuznacznie – raz, że mam pisać dalej, dwa, że teraz pisać, tu.
Przeczytałam całość. Robiłam notatki. Będzie jeden komentarz zamiast kilkudziesięciu. Próbowałam znaleźć dla wyłaniającej się z niego postaci jakiś literacki odpowiednik i chyba najbliżej mi do człowieka z Dostojewskiego, ale takiego, który po drodze przeczytał Kafkę, zainteresował się zen i nauczył się bardzo sprawnie opowiadać o własnych ranach. Człowieka o świadomości tak intensywnej, że chwilami przestaje ona być narzędziem poznania, a staje się kolejnym pomieszczeniem, z którego trudno wyjść. Miałam podczas lektury wiele momentów autentycznego współczucia. Jest w tej postaci ogromna zdolność przeżywania, obserwowania i nadawania znaczeń. Tylko im dłużej czytałam, tym silniejsze miałam wrażenie, że cała ta uważność osobliwie omija jedno miejsce: jego samego. Szczególnie została mi w pamięci miniatura: „prawie mąż / prawie kochanek / prawie poeta / prawie pisarz / prawie filozof / prawie mistrz zen”. To „prawie” wydaje mi się jednym z ciekawszych słów na całej stronie. Jest maleńkie, a mieści w sobie właściwie całą postać. Bo można je czytać jako skromność. Można jako ironię. Można jako poczucie niespełnienia. Ale mnie najbardziej interesuje jeszcze inna możliwość: że „prawie” pozwala nigdy nie stanąć całym ciężarem po stronie własnego istnienia. Nie powiedzieć „jestem”, tylko pozostawać w wiecznym przedpokoju tożsamości. Zastanowiła mnie zresztą nie tylko połowiczność tych określeń, lecz sama potrzeba ich mnożenia. Mąż. Kochanek. Poeta. Pisarz. Filozof. Mistrz zen. Jakby „ja” wymagało przypisów. Jakby samo imię nie wystarczało i trzeba było nieustannie podpierać istnienie rolą, relacją, profesją, ideą. A przecież w prozie i poezji wyłania się ktoś bardzo wyraźny. I, paradoksalnie, ktoś straszliwie zaniedbany. Nie mam na myśli zaniedbania banalnego. Raczej pewien rodzaj egzystencjalnego opuszczenia siebie. To postać poddana niemal wszystkiemu, co ją spotyka. Miłości. Stracie. Pamięci. Ciału. Kobietom. Słowom. Cierpieniu. Własnej przeszłości. Nawet własnej inteligencji. Jakby każda z tych rzeczy miała większe prawo rozstrzygać o jej kształcie niż ona sama. I tu chyba pojawia się moje największe współczucie: można być niezwykle uważnym obserwatorem własnego istnienia, a jednak przez lata nie stać się jego uczestnikiem. Zen jest tu zresztą szczególnie ciekawym kontrapunktem. Musiałam doczytać. Tradycja, która tak podejrzliwie patrzy na przywiązanie do „ja”, spotyka się z człowiekiem, który zdaje się bezustannie próbować to „ja” nazwać. Prawie poeta. Prawie filozof. Prawie mistrz. Jakby nawet droga prowadząca poza etykiety musiała otrzymać etykietę. Dlatego po tej lekturze nie zostało mi pytanie, czy ta postać jest poetą, pisarzem albo filozofem. Te rozstrzygnięcia wydają mi się najmniej interesujące. Zostało mi inne: co by się stało, gdyby pewnego dnia przestała być „prawie” kimkolwiek? Nie „wreszcie poetą”. Nie „wreszcie mężem”. Nie „wreszcie mistrzem zen”. Po prostu sobą. I czy wtedy, po odłożeniu wszystkich tych nazw, zostałaby pustka, której tak bardzo trzeba było nimi pilnować, czy przeciwnie: po raz pierwszy pojawiłby się ktoś, kto przez cały ten czas był pod nimi schowany.
Przepiękna, ciekawa, recenzja w pełnym tego słowa znaczeniu, aż mnie onieśmieliła. Będę musiał sam czytać raz jeszcze i porównywać z nią. Strasznie dziękuję!










Zostaw słowo, lub to, co pomiędzy słowami.